strona główna

Serdecznie namawiamy do nadsyłanie opowieści z narodzin waszego potomka !

Witaj Dominiku! /nr. opowiadania 2/

Ostatnie tygodnie przed porodem byłam wulkanem energii. Żałowałam nawet, że zdecydowałam się na urlop macierzyński i nie musiałam już chodzić do pracy. Doskonale przygotowana, z arsenałem informacji zdobytym w Szkole Rodzenia czekałam wraz z mężem - Tomkiem na ten Wielki Moment. Nasze dziecko (zwane przez tatusia Nosferatu - z racji straszliwego kopania i wykorzystywania mamy) postanowiło utrzymać w sekrecie swoją płeć, chociaż niemiłosiernie męczony przez nas lekarz powiedział, że będzie "raczej dziewczynką". Już na dwa tygodnie przed terminem w niebiesko - żółtym pokoiku oczekiwanego maleństwa stała spakowana wielka torba z rzeczami do szpitala. Oczywiście kilka razy dziennie sprawdzałam, czy przypadkiem o czymś nie zapomniałam, ale wszystko było zgodnie ze skrupulatnie przygotowaną listą.
Jako miejsce przyjścia na świat naszego maluszka wybraliśmy Szpital Św. Zofii w Warszawie - słyszeliśmy o nim sporo dobrego, również od naszego lekarza, który pracował w nim od lat. Nasze pierworodne miało pojawić się 20 grudnia, a ja bardzo chciałam, żeby w Boże Narodzenie było już z nami w domu. 22 grudnia nadal nic się nie działo. Poszliśmy do naszego lekarza na wizytę. Wszystko było w najlepszym porządku, po prostu nasz maluch z charakterem nie wybierał się jeszcze na świat. Dzień przed Wigilią poszłam - tym razem zamiast z mężem, z mamą, na USG. Pani doktor powiedziała, że według niej poród czeka mnie jeszcze w święta. Mama była bardzo wzruszona, pierwszy raz widziała jak wierci się jej wnuczątko. Wiadomość, że zapewne będziemy mieli świątecznego malucha nie przeszkodziła nam wcale w organizacji Wigilii - cały dzień tradycyjnego gotowania, a w dzień Wigilii przygotowywanie stołu, ubieranie choinki. Kolacja, zgodnie z wcześniejszymi planami, odbyła się w naszym mieszkaniu, nie było na niej tylko jednego gościa, którego mieliśmy nadzieję już na niej widzieć. Jednak również w Dzień Narodzin Pana nie zamierzał się do nas pokwapić. Wiadomo jakie życzenia słyszeliśmy z mężem od reszty rodziny. W pierwszy dzień świąt poszliśmy do rodziców. Dzień był jak wymarzony - od rana sypał śnieg i świat wyglądał jakby się specjalnie odświętnie ubrał. A we mnie zaczynało się coś dziać. Po południu odczułam pierwsze łagodne skurcze. Przez ostatnie tygodnie byłam tak wsłuchana w siebie, że na początku nie wiedziałam, czy przypadkiem nie zwodzi mnie wyobraźnia. Zaczęłam liczyć - o dziwo skurcze dość regularnie powtarzały się co jakieś pół godziny. Mój organizm powiedział - "Musisz się zdrzemnąć", posłuchałam go grzecznie. Wieczorem poszliśmy z mężem do domu, około jedenastej skurcze pojawiały się już co trzy, cztery minuty. Śnieg sypał nadal, a ponieważ do szpitala mieliśmy dość daleko, stwierdziliśmy, że nadszedł chyba czas naszej podróży po nowego człowieka.
W izbie przyjęć znaleźliśmy się dokładnie o północy. Szybko i w sympatycznej atmosferze wypełniliśmy wszelkie formalności, ja zostałam zbadana i usłyszałam: "Tak, zaczęła już pani rodzić". Wybraliśmy sobie salkę do porodu rodzinnego (morelową, tę o której w szkole rodzenia słyszeliśmy najczęściej). Przebraliśmy się i z wielkim zaciekawieniem zaczęliśmy oglądać łóżko porodowe. Mnie cieszyła niezmiernie ogromna trójkątna wanna w rogu pokoju. Zamierzałam w niej spędzić trochę czasu. Wszystko było w najlepszym porządku oprócz tego, że jakoś przestałam odczuwać jakiekolwiek skurcze. Nasza położna - Justyna podłączyła mnie do KTG i po pół godziny usłyszeliśmy, że właściwie, to maleństwo się chwilowo rozmyśliło i chyba raczej poczeka sobie z przyjściem na świat jeszcze jeden dzień. Około drugiej Justyna wysłała Tomka do domu. Ja zostałam w szpitalu w oczekiwaniu na rozwój sytuacji. Przeniesiono mnie do ogromnej, pełnej łóżek ale zupełnie pozbawionej pacjentek sali obok porodówki. Miałam dać znać, gdyby coś się zaczęło dziać. Po trzeciej obudził mnie dość silny ból. Za chwilę drugi, jakąś minutę później trzeci. W przerwach między skurczami zamykałam oczy i myślałam sobie: "Pewnie maleństwo znowu robi mi jakiś numer". Pół godziny później byłam raczej pewna, że to już poród. Powiedziałam położnej, że idę pod prysznic - jako dobrze wyszkolona przyszła mama, wiedziałam, że ciepła woda pomoże mi sprawdzić, czy to na pewno to. No i potwierdziła. Kiedy wracałam do sali położna spojrzała na mnie i stwierdziła "Chyba czas się zbadać, teraz to naprawdę wyglądasz na rodzącą". Miała rację. Co więcej, okazało się, że mam już ponad 6 centymetrów rozwarcia i dobrze, żeby Tomek przyjechał w miarę szybko, jeśli chce zobaczyć narodziny swojego dziecka. Zadzwoniłam po niego, chociaż w trakcie wystukiwania numeru musiałam zrobić przerwę, bo kolejny skurcz nieco ograniczał moje możliwości logicznego wypowiadania myśli. Wreszcie udało się i powędrowała znów do morelowej salki. Jak to w swoich wyobrażeniach o porodzie obmyśliłam, napuściłam sobie do wanny ciepłą wodę i postanowiłam, że w niej doczekam szczęśliwego rozwiązania. Po parunastu minutach zaczęłam czuć zniecierpliwienie - bóle były już naprawdę intensywne i częste, a Tomek jeszcze nie dotarł do szpitala. Jak to w takich momentach bywa, każda minuta wydawała się być kilka razy dłuższa niż normalnie. Na przeciwległej ścianie wisiał zegar, zerkałam na niego bezustannie - była już szósta rano. Parę chwil później mój mąż pojawił się w salce. Popatrzył na mnie uśmiechającą się nieco krzywo i powiedział, że kazano mu przyjść "tam gdzie zwykle", więc posłusznie wkroczył do morelowego pokoju. Następna godzina minęła jakoś - dokładnie nie wiem jak, bo minuty zlewały mi się, a cały mój wysiłek skupiony był na wykonywaniu prawidłowych oddechów. Czasem pomagały, a czasem zachowywałam się raczej jakbym próbowała panicznie nałapać powietrza na zapas. Justyna zaglądała do nas co jakiś czas i kontrolowała postęp porodu. Tomek dolewał mi do wanny ciepłej wody i podawał picie, pozostały czas spędzał na fotelu czytając National Geogaphic - przeczytał wszystkie artykuły, tylko jakoś całkiem nie pamiętał o czym one były. Wreszcie kilkanaście minut po siódmej Justyna stwierdziła " Już czas". Tomek pomógł mi wydostać się z wanny i założyć koszulkę. Przy jego pomocy wdrapałam się na łóżko porodowe. Zaczęli się wokół mnie kręcić on i Justyna. Mój mąż ustawił oparcie pod moimi plecami i ułożył poduchę tak, jak go poprosiłam, a Justyna szykowała wszelkie akcesoria i manewrowała jakimiś wajchami w dole łóżka. Wreszcie wszystko było gotowe. Ja też. Zaczynałam się czuć jak ten wąż z "Małego Księcia", który połknął słonia, a w dodatku ten słoń koniecznie chciał się teraz ze mnie wydostać. Kiedy usłyszałam, że mogę przeć, zaczęłam z ochotą. W pewnym momencie Justyna powiedziała, że już wychodzi główka i skierowała moją rękę, żebym mogła jej dotknąć. Ten łepeczek wydał mi się taki miękki - byłam aż przestraszona, czy aby taki powinien być. Tomek za to pierwszy zobaczył tę mała główkę. Justyna powiedziała mu, żeby położył na kaloryferze kilka przyniesionych przez nas, starannie wypranych i wyprasowanych pieluszek tetrowych, żeby ogrzać nimi maleństwo, kiedy przyjdzie na świat. A po kilku kolejnych chwilach wysiłku to Maleństwo pojawiło się wreszcie wśród nas. Malutki człowieczek, taki ciepły i wilgotny.
"Macie syna" - powiedziała Justyna. "Nie wierzę " - odparł na to Tomek i kazał sobie jeszcze raz pokazać malucha w całej okazałości. Justyna zapytała Tomka, która jest godzina. "Dokładnie 7.45" - odrzekł i tak według tatusiowego zegarka 26 grudnia 1999 roku rozpoczęło się nowe życie. Potem nasz synek wylądował na moim brzuchu otulony pieluszkami i przykryty prześcieradłem. Wcale nie płakał, wiercił się tylko i tak jakby ciekawie rozglądał.
Tomek zrobił mu kilka zdjęć, kiedy dzisiaj je oglądamy, wydaje nam się, że w tych szeroko otwartych oczkach już wtedy było mnóstwo mądrości. Nasz synek spędził na moim brzuchu cały czas, przez który lekarka i Justyna zajmowały się mną. Przytulałam go i czułam się tak, jakbym wcale nie przeszła przed chwilą porodu. Miałam mnóstwo energii, żartowałam ze wszystkimi i oboje z Tomkiem byliśmy w euforii. Potem przyszła pani doktor pediatra, nasz synek powędrował na swoje pierwsze szczepienia. Był zdrowiutki, grzeczny i naszym zdaniem prześliczny (jak na ufoludka), nawet główkę miał zupełnie kształtną. Tomek pomógł mi wejść pod prysznic i przebrać się. Po chwili wniesiono śniadanie. Byłam niewiarygodnie głodna i z radością zjadłam całą porcję. Nasze maleństwo spało obok w przezroczystym wózeczku - łóżeczku w swoim nowiutkim ubranku, pod nowiutkim kocykiem. Wszystko było takie nowe i inne.
"Witaj Dominiku" - pomyśleliśmy sobie - to imię było już od dawna wymyślone dla naszego syna. Dzisiaj Dominik jest prześlicznym urwiskiem, ciekawskim i pełnym energii. Ma mnóstwo pomysłów, coraz więcej mówi. Powoli zbliżają się święta Bożego Narodzenia, a wraz z nimi drugie urodziny naszego synka. Coraz bliżej też do kolejnego wielkiego wydarzenia w życiu naszej rodziny - na początku lutego przyszłego roku przyjdzie na świat drugie maleństwo. Podobnie jak Dominik, nie chce nam zdradzić swojej płci. Ale, chociaż ja bardzo chciałabym mieć córeczkę, to nie płeć jest najważniejsza. Już teraz zaczynam cieszyć się na ten niesamowity moment, kiedy na świecie pojawia się nowy człowiek. Nie boje się go ani trochę i chcę go przeżyć tak, jak razem z Tomkiem przeżyliśmy narodziny Dominika.
To zapewne banalne co tu napiszę, ale wszystkim przyszłym mamom, które boją się porodu mogę z ręką na sercu powiedzieć - po prostu myślcie o tym jako o niewiarygodnym cudzie, a ból i niepewność są bardzo niewielką ceną za ten CUD.

K.J.
<<Top

|kontakt| |reklama w potomku|
nota prawna