Bez
tytułu /nr. opowiadania 3/
Poniżej
załączam opowiadanie o narodzinach. Nie oczekuję, że zostanie opublikowane.
To byłoby nawet nie fair w tym serwisie. dedykuję je raczej lekarzom.
Przy okazji pragnę pogratulować - "potomek" to naprawdę ciekawa strona!
To zdarzyło
się dwa lata temu. Był 22 tydzień ciąży. Wcześniej już straciłam dwie
w 16 i 17 tygodniu więc tym razem byłam pod "specjalnym nadzorem". Szew
szyjkowy założono mi tydzień wcześniej. Chociaż nie było stwierdzonej
niewydolności szyjki. Przyczyną poprzednich dwóch porodów przedwczesnych
była infekcja wstępująca. Bardzo enigmatyczna diagnoza. Leżałam w
domu. Gosposia robiła obiadki a ja odpoczywałam i z radością notowałam
każdy maleńki ruch mojej córeczki. Tego dnia była znacznie mniej aktywna
i w dodatku czułam lekkie skurcze. Zadzwoniłam do lekarza. Kazał zgłosić
się do prywatnej klinki, w której pracował. Niestety nie było go na
miejscu. Przyjęła mnie położna i podłączyła kroplówkę. Był wieczór,
powiedziałam mężowi, że już czuję się bezpiecznie i żeby pojechał do
domu. Nocą skurcze nasiliły się. Biedna położna nie wiedziała co robić.
Nie mogła dodzwonić się do mojego lekarza,ale czemu nie wezwała innego
nie wiem. Ból stawał się trudny do wytrzymania. Wiedziałam, że rozpoczął
się poród i nalegałam na przewiezienie mnie do normalnej klinki gdzie
są jacyś lekarze. Cały czas miałam nadzieję, że uda się wszystko zatrzymać.
Położna wezwała prywatną karetkę i z ulgą pozbyła się kłopotu. Była
noc, może 4 nad ranem więc do szpitala dojechaliśmy stosunkowo szybko.
Tylko biedak kierowca nie wiedziała gdzie jest właściwy podjazd. Wyjmowali
i wkładali nosze ze mną z samochodu przynajmniej dwukrotnie zanim trafiliśmy
do właściwego wejścia. To trwało.... A potem..... dowód osobisty ( nie
mogą wystawić faktury za transport bez szczegółowych danych). Ból nie
pozwalał myśleć ale dzielnie szukam dowodu, podpisuję fakturę i mam
nadzieję na szybką pomoc. Ale, ale.....dowód osobisty znowu jest potrzebny.
Tym razem zaspanej pannicy w białym fartuszku z mnóstwem kolczyków w
uszach. Ciekawe co by było jakbym nie miała ze sobą dokumentów? Formularze,
formularze.....niewiele pamiętam poza straszliwym bólem. Wreszcie znalazłam
się na fotelu. To naprawdę niełatwe mając silne skurcze wdrapać się
na taki fotel pod krytycznym spojrzeniem lekarki. Lekarka w średnim
wieku, pamiętam, że wyglądała na bardzo zadbaną. Boże co to jest?
zapytała w czasie badania. Kto zakładał ten szew? Tu jest jakaś
dziura! Niech pani się nie rusza! Jak się pani będzie tak napinała to
nic nie zrobię! To było do mnie, o mnie, o moim dziecku w mojej obecności.
Następnie zaczęły się poszukiwania jakiegoś narzędzia, które powinno
być a nie było na miejscu. To trwało a ja cierpiałam. Wszyscy zniecierpliwieni,
zaspani, niezadowoleni. Trwało około 1,5 godziny od przyjazdu do szpitala
zanim znalazłam się na sali porodowej. Znieczulenie, zdjęcie szwu. Obudziłam
się a obok mnie Anioł. Patrzę jej w oczy i widzę, że rozumie, że współczuje.
Pytam o dziecko - wyjaśnia, że zdjęli szew, że może skurcze ustąpią,
że dziecko żyje. Okrywa mnie. Za chwilę odeszły wody i o 7 rano urodziłam
dziewczynkę. Żyła 15 minut.
Joanna
Sz.