strona główna

Poród /nr. opowiadania 4/

Na wstępie mojego opowiadania muszę zaznaczyć, że moj poród nie odbył się nigdzie w polskiej klinice, ale w szpitalu holenderskim. Podczas ciąży bylam pod stała opieką polożnej, która tu w Holandii ma duży zakres obowiązków i własną praktykę, a do lekarza ginekologa dostaje sie skierowanie tylko w przypadku jakiegoś zagrożenia. Tak więc chodziłam regularnie na badania kontrolne, za każdym razem z moim mężem, ktory od samego początku byl bardzo zaangażowany w całą sprawę. Moja ciąża przebiegala bez żadnych powikłań tak więc mogłam pracować, aż do końca (tzn do 4 tygodni przed wyznaczonym terminem porodu). Na urlopie macierzyńskim odpoczęłam sobie za wszystkie czasy, ale że jestem przyzwyczajona do działania zaczęłam po raz nie wiem który generalne porządki. I tak zlacialo mi te parę tygodni, aż tu w niedzielę wieczorem, leżąc na kanapie poczułam jakby lekkie skurcze. Ale je zlekceważyłam. Po pewnym czasie znowu. Spojrzałam na zegarek. Po pewnym czasie znowu. I tak co poł godziny czułam lekkie skurcze. Bardzo mnie to cieszyło. W nocy prawie nie spałam z przejęcia, a skurcze miałam już co 10 minut. W poniedziałek rano o godzinie 8.00 zadzwoniłam do położnej. Za 15 minut była już u nas w domu. Dobrze sie znałyśmy, tak wiec nie musiałam jej opowiadać całej historii mojej ciąży. Ona mnie zbadała, posłuchala bicia serduszka dziecka, no i oczywiście sprawdzila jakie mam rozwarcie. Było dopiero 3 cm. Na koniec poradziła mi żebym odpoczywała i nabierała sił do porodu. Mój mąż poszedł do pracy, bo zdaniem połoznej w ciągu dnia jeszcze nic nie nastąpi. I miała racje. Skurcze się nasilały. Były już co 5 mniut. Moja położna odwiedziła mnie jeszcze 2 razy tego dnia. Ale niestety rozwarcie nie chciało sie posuwać. Zapadła druga noc. Ja zonwu nie spałam i ciągle mierzyłam skurcze. Które stawały sie coraz bardziej bolesne. Bardzo cieszyłam się, że brałam udział w Szkole Rodzenia i wiedziałam jak mam oddychać. To mi bardzo pomogło. We wtorek rano wiedziałam, że nasz maluszek na pewno sie urodzi tego dnia. Albo silami natury, albo i nie. Położna trochę się o mnie martwiła, bo już dwie noce nie spałam i bardzo malo jadłam (ze strachu przed cesarką). Okolo godziny 9.00 przyszła i sprawdziła kondycję dziecka i moją. Powiedziała, że przyjdzie jeszcze raz przed południem, a potem pojedziemy do szpitala. Rozwarcie się powiekszyło. Na szczęście!! W południe skurcze były już nie do zniesienia, ale ja nie dawałam za wygraną. O godzinie 15.00 pojechaliśmy do szpitala. Już wszystko na nas czekało. Ja miałam się tylko zajmować skurczami i oddechem. Wszyscy byli bardzo mili i uprzejmi. Mój mąż był cały czas przy mnie. Ale całkowitego rozwarcia jeszcze nie miałam. Poradzono mi żebym poszła do wanny, a przedtem położna przebiła mi pęcherz. Leżąc w wannie dostalam nagle takich silnych skurczów jakich jeszcze nie miałam. Mój mąż zadzwonił po pielęgniarkę. Przybiegła natychmiast. Okazało się, że są to już skurcze parte. Już nie miałam prawie sił, żeby wejść na łóżko, ale mi się udało. Miałam już też całkowite rozwarcie. Nareszcie mogłam przeć. Co to była za ulga. Po dwóch lub trzech skurczach urodził się nasz synek. O godzinie 17.00, tak więc po 2 godzinach od przybycia do szpitala. O całym zmęczeniu zapomniałam, bo wszystko było tak jak w książce. Położna pochwaliła nas za wspaniałą współprace. Zaraz po porodzie położono mi synka na brzuchu i mógł już ssać sobie pierś. Atmosfera na oddziale była wprost odświetna, wszystkie pielęgniarki były bardzo miłe i uczynne. Wcale nie żałowałam, że tak późno pojechaliśmy do szpitala, bo mogłam sobie we własnym mieszkaniu na luzie czekać na poród. Jak patrzę wstecz na to przeżycie to mogę powiedzieć, że miałam bardzo piękny poród.

M.K.

|kontakt| |reklama w potomku|
nota prawna