Było
lato sierpniowe słońce /nr. opowiadania 5/
To
było lato sierpniowe słońce, szum morza, piękna okolica - wymarzony
urlop..........Podjęliśmy z mężem przełomową decyzję o założeniu rodziny......sama
myśl o tym wprawiała mnie w podniosły, świąteczny niemalże nastrój.......I
stało się...Żartowaliśmy sobie z mężem, że przywieźliśmy sobie cudowną
pamiątkę z wakacji, która miała pojawić się na świecie 09 maja 2001
roku. Niesamowite uczucie czyżbyśmy mieli zostać RODZICAMI ? Po 21 tygodniu
pierwsza wizyta na USG.......odrobina niepewności i pierwsze spotkanie
z maleńką istotką, żyjącą jeszcze w swoim małym światku.....maleńka
główka, noseczek, rączki, nóżki, bijące serduszko......Boże co za wzruszenie
przy tym pierwszym spotkaniu..........jaka radość, że wszystko dobrze
się rozwija....no i jeszcze pytanie kim będziesz malutki cudzie? Córeczką
czy Syneczkiem........odpowiedź z prawdopodobieństwem 90 % - Będziecie
państwo mieć SYNA ! Od szóstego miesiąca ciąży przestałam chodzić do
pracy.......postanowiłam cieszyć się ciążą, dobrze się przygotować do
tego co ma nastąpić - do święta narodzin...........Moim ulubionym zajęciem
w długie zimowe wieczory było wertowanie prasy związanej z narodzinami
i opieką nad dzieckiem.... Nadeszła wiosna ........zbliżał się termin
porodu.......z niecierpliwością wsłuchiwałam się w siebie czy moje Maleństwo
już puka czy nie..... W sobotę 5 maja, pojechałam do szpitala na badanie
USG.........miałam jakieś dziwne przeczucie.......pani doktor stwierdziła,
że mam 1,5 cm rozwarcia i być może ZACZYNA SIĘ... Byłam ogromnie poruszona
i zdenerwowana, mój mąż pojechał do domu, bo to był dopiero początek
"początku" porodu......Zapis KTG potwierdził lekkie skurcze...ale jeszcze
tak słabe, że ich w ogóle nie czułam....nastrój mi się poprawił i chyba
przestałam się bać......... Siedziałam sobie na korytarzu na oddziale
położniczym i czekałam na decyzję lekarza, gdzie mnie umieszczą.......
w tym czasie słyszałam jak z pobliskiego pokoju dobiegają krzyki rodzącej
kobiety.....która nie miała jeszcze pełnego rozwarcia........chwilami
napawało mnie to przerażeniem : czy ja też tak będę krzyczeć.....nie,
ja będę dzielna i postaram się znieść ból ze stoickim spokojem ( no
chociaż w miarę stoickim)........ Widziałam także jak położne przywiozły
piętrowy wózek z niemowlętami, szczelnie zawiniętymi rożkami, do karmienia
( oddział pediatrii był w innej części szpitala ). Był to rozkoszny
widok kolorowe czuprynki wystawały z malutkich zawiniątek, a niektóre
bobaski dopominały się jedzenia głośnym kwileniem.......Pomyślałam wtedy.....Boże
jak ja bym chciała już mieć przy sobie taki mały "bocheneczek". Tymczasem
o godz.22 -giej znowu podłączono mnie do KTG........W międzyczasie zmienił
się dyżur lekarzy.......miły pan doktor spokojnie wyjaśniał mi pozytywne
i negatywne strony znieczulenia zewnątrzoponowego.....jeszcze ciągle
nie byłam zdecydowana.......Rozważając to co usłyszałam, wsłuchując
się w odgłos bicia serduszka mojego maleństwa trochę się zdrzemnęłam.........Po
dwóch godzinach obudził mnie ból, początkowo niezbyt silny........KTG
potwierdziło, że skurcze nasilają się .......Ku mojej ogromnej radości
Pan doktor stwierdził: "coś z tego będzie". Mój mąż przyjechał o godz.2
i przywiózł położną, z którą wcześniej umówiłam się. Nie wiem kto z
nas był bardziej zdenerwowany........Dalej wszystko potoczyło się jak
w książce.....na znieczulenie zewnątrzoponowe było już za późno....miałam
już 6 cm rozwarcia.......dostawałam więc tylko doraźne środki znieczulające....pełne
rozwarcie robiło się bardzo, ale to bardzo powoli...........Mąż dzielnie
mnie wspierał, zwilżając mi od czasu do czasu usta, czy razem ze mną
oddychając..........Niestety były chwile, że wydawało mi się, że nie
wytrzymam dłużej, ale zdrowy rozsądek podpowiadał, że nie ma innej drogi
po prostu ten Maleńki musi się urodzić.....Po chwilach zwątpienia we
własne siły przychodziły chwile gdy czułam, że adrenalina na nowo pomaga
mi zmierzyć się z bólem........Niestety wcześniejsze postanowienie,
że będę dzielna i nie będę krzyczeć okazało się być całkowicie nie trafione......To
było silniejsze ode mnie.....I chociaż cały czas pamiętałam o oddychaniu,
aby Maleństwo miało powietrze nie mogłam pohamować krzyku........ O
godz.5 -tej położna zbadała mnie i stwierdziła " bardzo ładnie, bardzo
ładnie, w takim tempie to do tej 7-ej pani urodzi" opanowało mnie zwątpienie,
czy dam sobie radę i czy starczy mi sił..... Około godz. 6.30 zaczęły
się bóle parte.........przyszedł lekarz......i wszyscy czekali na owocny
koniec porodu.......Jednakże okazało się, że dzidziuś jest duży i pomimo
całej energii jaką wkładałam w to aby umożliwić mu wyjście na świat.......on
nie może się wydostać...W końcu lekarz pomógł mi - uciskając brzuch
i.................... o godz. 7.05 w niedzielę 6 maja 2001 roku urodził
się ósmy cud świata ....Mój Synuś HUBERCIK PIOTR, o wadze 4.250 gram.....
Gdy zobaczyłam jego śliczną twarzyczkę i błękitne oczki, które oszołomione
światłem i zamieszaniem wodziły dookoła poczułam jak ze szczęścia łzy
napływają mi do oczu....... miałam wrażenie, że jestem najszczęśliwszą
kobietą na świecie.........i gdybym tylko chciała mogłabym przenosić
góry......... Hubercik leżał otulony w rożek w moich ramionach, mąż
siedział obok trzymając mnie za rękę patrzyliśmy na to Maleństwo i nie
mogliśmy wprost uwierzyć, że spotkało nas tak OGROMNE SZCZĘŚCIE....................
Szczęśliwa
mama
<<Top